Lubię być
przyodziany w smutek, jest to tak niewesołe uczucie, że wręcz koi
moją mroczną duszę, która pragnie bólu nieskończonego i
cierpienia nieopisanego. Uwielbiam ten stan, jest on niczym ekstaza
doprowadzająca mnie do szaleństwa. Popadam wówczas w różne
skrajne emocje, mam chęć robić różne dziwne rzeczy, od cięcia
się żyletką, poprzez zadawanie sobie bólu czubkiem noża, aż po
okładanie się pejczem po plecach, tak by leciała z nich krew.
Można wymieniać jeszcze wiele tortur, jakimi katuje swoje ciało,
ale najgorsze są tortury dla duszy. Najgorsza jest ta, gdy czytam
smutne wiersze i przyodziewam w nie moją duszę, która z jednej
strony pragnie jeszcze więcej, i więcej, i więcej tego
beznadziejnego smutku, a z drugiej strony powoli, powoli, powoli
umiera. I to umieranie jest takie straszne, a zarazem piękne.
Straszne z tego samego względu, z jakiego jest straszna każda inna
śmierć. A piękne? Piękne dlatego, że jest to jedyny sposób, by
uwolnić się od wszelakiego zła, które mnie otacza i które mnie
atakuje. Tylko w ten sposób nie zaznam już nigdy żadnego
cierpienia, tylko i wyłącznie w ten sposób przetrwam najgorsze
stany emocjonalne. A właściwie to nie jest sposób na przetrwanie,
lecz sposób na śmierć. Taką poetycką śmierć romantyka
cierpiącego najmocniej w całym wszechświecie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz